MISTRZOSTWA EUROPY W JU-JITSU 2018

 

 MISTRZOSTWA EUROPY W JU-JITSU 2018 - 5.06.18

 

MAMY TO! Z dwoma medalami mistrzostw Europy wracają zawodnicy tyskiej Gwardii! W dniach 1-3 czerwca w Gliwicach rozgrywane były mistrzostwa naszego kontynentu w ju-jitsu w kat. seniorów oraz masters (po raz pierwszy). Nasz klub reprezentował trener Andrzej oraz Marek Zawisza i oboje sięgnęli po tytuły mistrzowskie!


Marek Zawisza - srebrny medal / wicemistrz Europy

Andrzej Borowiec - brązowy medal / II wicemistrz Europy.

 


Ju-jitsu sportowe w skrócie:

Ju-jitsu to sport bardziej rozbudowany niż judo. Na turniejach rozróżnia się 3 konkurencje, w których rywalizują zawodnicy:

Figthing - walka sportowa, w której zawodnicy dążą do zdobycia 3 ipponów w 3 fazach walki (uderzenia, rzuty oraz parter).  Zawodnik, który zdobędzie trzy najwyższe noty - wygrywa przed czasem, jeśli to się nikomu nie uda o zwycięstwie decyduje suma zdobytych punktów (ippon - 2 pkt, waza-ari - 1 pkt). Ta konkurencja to połączenie sportów takich jak: karate / judo / brazylijskie ju-jitsu.

Ne-Waza - walka parterowa. Zawodnicy waczą głównie w parterze (BJJ), gdzie zdobywają punkty za pozycje kontrolujące przeciwnika lub próby jego poddania przy użyciu dźwigni lub duszeń.

Duo-sytem - to walki przygotowane w formie pokazu, w trakcie których pary zawodników prezentują formy samoobrony. O ocenie sędziów decydują: szybkość wykonania technik, realność i widowiskowość.

 

RELACJA Z TURNIEJU

Marek Zawisza rywalizował w konkurencji Ne-Waza - 70 kg (walki parterowe), która zbliżona jest do judo, przy czym walka skupia się głównie na technikach parterowych na zasadach brazylijskiego jiu-jitsu. Marek w pierwszym swoim pojedynku zmierzył się z Rosjaninem. Po rozpoczęciu walki rywal próbował wciągać Marka do gardy, a następnie przetaczać żeby zdobyć dominującą pozycję. Marek skutecznie się bronił i nie pozwalał przeciwnikowi na wykonanie żadnej akcji. Przewrotnie, dzięki swojej pozycji Marek zdobył przewagę w walce, którą utrzymał do końca regulaminowego czasu. Decyzją sędziego nasz zawodnik został ogłoszony zwycięzcą. W drugiej walce Marek stanął naprzeciw reprezentanta Niemiec. Tutaj już nie było łatwo ponieważ przeciwnik był znakomicie przygotowany taktycznie i z powodzeniem zdobywał kolejne punkty. Walka zakończyła się stanem 9:0 dla Niemca, który zwyciężył później cały turniej, a nasz zawodnik uplasował się na drugiej lokacie - zostając automatycznie wicemistrzem Europy w kat. M2 -70 kg.

 


Andrzej Borowiec miał trudniejsze wyzwanie. Walcząc w konkurencji Fighting (walka sportowa z uderzeniami) M1 +85 kg musiał przejść dwie walki elliminacyjne. W pierwszym pojedynku stanął naprzeciw Niemca (Rashid Tairov), który okazał się średnim wyzwaniem dla trenera Gwardii. Andrzej nieustannie wyprzedzał przeciwnika kopnięciami pogłębiając przewagę punktową. Niemiec był bezradny i walka została zakończona stanem 22:2 na korzyść Andrzeja. Kolejnym zawodnikiem był reprezentant Polski - zawodnik z mysłowickiego klubu Shogun - Tomasz Głowacz, który już przed walką miał spore obawy. Po rozpoczęciu walki, trener zaatakował zdobywając ippon za uderzenia, następnie w zwarciu rzucił znacznie cięższym rywalem stosując seoi-nage - również ocenione na ippon. Założenie trzymania było tylko formalnością, a zdobycie trzech ipponów pozwoliło na zakończenie walki przed czasem. Po dwóch wygranych pojedynkach, Andrzej wyszedł z grupy eliminacyjnej z pierwszej pozycji. Dzięki temu dostał się do półfinału, gdzie miał się zmierzyć z reprezentantem Azerbejdżanu. Był to zawodnik doświadczony na wszystkich płaszczyznach i cały pojedynek przebiegał na wyrównanym poziomie. Rywal mocno atakował kolejnymi technikami, które trener skutecznie obchodził. Niestety w trakcie jednej z akcji Andrzej po zablokowaniu rzutu Azera, naciągnął mięśnie uda co uniemożliwiło mu dalsze prowadzenie walki - ryzyko poważnej kontuzji było zbyt wysokie, ale o tym dalej. Udział w półfinale gwarantował zdobycie brązowego medalu, więc decyzja o wycofaniu się z dalszej walki była jak najbardziej słuszna. Tym samym Andrzej został II wicemistrzem Europy zdobywając brązowy medal.

 

Tak oto do Tychów powróciły dwa tytuły mistrzowskie Starego Kontynentu i to właśnie do naszego klubu.

 

 

ZDANIEM TRENERA:

Jeśli o mnie chodzi - do turnieju mistrzostw Europy przygotowywałem się praktycznie od początku roku. Spośród naszych weteranów startowałem w ju-jitsu najdłużej i jest to dla mnie dyscyplina bardzo bliska sercu. Od stycznia założyłem sobie, że wezmę udział w tym turnieju. Praktycznie od zera rozpocząłem budowę formy, trenując od 6-8 treningów w tygodniu. Przez wiele miesięcy łączyłem po dwa treningi dziennie, co wymagało ode mnie ogromu poświęcenia. Gdy w klubie na stałe zawiązała się grupa Masters, mogliśmy skutecznie powrócić do treningów technicznych i sparingów. Marek wraz z pozostałymi zawodnikami także nie próżnował, lecz nie wpływałem na jego treningi poza klubem. Z miesiąca na miesiąc dochodzili nowi sparingpartnerzy. W klubie zrobiło się raźniej i było z kim poćwiczyć. Do pracy w siłowni i na macie dokładałem regularne biegi w terenie na 10 km, skrupulatnie mierząc czas z tygodnia na tydzień. Po drodze załapałem kontuzję barku, ale jako że był to luty nie przejmowałem się nią nazbyt. Niestety ból nie ustępował nawet po  2 miesiącach, a nawet zablokował mój start na Nastula Judo Cup. Wtedy zwróciłem się o pomoc do naszych rehabilitantów z firmy DLA CIEBIE. Po trzech zabiegach ból barku ustąpił, a ja mogłem podkręcić tempo. W klubie rozpoczęliśmy treningi dynamiki i szybkości, biegi zmieniłem na dystans 3 km i czułem jak powracają mi dawne siły. Startem na mistrzostwach Polski w judo oraz zdobytymi tam medalami, przypieczentowaliśmy dobrą formę. Wiedziałem że na ju-jitsu pojadę walczyć o złoto. Początkowo na ME miałem startować sam, jednak Marek zdecydował się na udział na tydzień przed turniejem. W tygodniu poprzedzającym turniej Marek pojechał na treningi do mojego dawnego trenera - Mariana Jasińskego do Sosnowca, gdzie popracował z wielokrotną mistrzynią świata. Ja natomiast rozpocząłem treningi mające na celu poprawienie mocy i eksplozywności przed samym startem. Na macie przerobiliśmy techniki uderzeń oraz dynamikę i szybkość. W terenie chciałem zaliczyć dwa biegi szybkościowe. I tu zaczęły się schody. We wtorek zaliczyłem 4 sprinty (na 100, 200, 400 i 100) oraz 5 serii wojskowego crossa. Czułem się świetnie po tym treningu. W czwartek (na 3 dni przed startem) miałem do zaliczenia 4x100 metrów, a więc 10-15 min treningu, po którym miał już nastąpić odpoczynek. Wszystko było dobrze... do ostatniej prostej. Co ciekawe na tym treningu był ze mną Marcel Fors, który chciał się ze mną pościgać. Trzy sprinty zaliczyłem, natomiast na ostatnim poczułem piekący ból w udzie. Już nie raz miałem ponaciągane mięśnie i wiedziałem, że to nic dobrego. Wtedy zacząłem mieć obawy co do startu. W piątek udałem się do lekarza i zrobiłem USG. Wynik okazał się gorszy niż przewidywałem - diagnoza: naderwanie m. dwugłowego uda w pobliskim sąsiedztwie przyczepu. Pani doktor powiedziała, żebym wybił sobie z głowy te zawody - miała oczywiście rację. W piątek miałem takiego doła, że zjadłem tyle niezdrowych rzeczy ile przez pół roku nie ruszyłem. Takie kontuzje leczy się nawet operacyjnie - zszywając rozerwane mięśnie. Pół roku treningów przekreślł 10-sekundowy bieg. Wyobraźcie sobie, jak to wpływa na człowieka? W sobotę zacząłem się zastanawiać, a co jeśli..? Skonsultowałem się z rehabilitantami, którzy też mi radzili żebym odpuścił ten turniej - jednak ja nalegałem. W gabinecie "Dla Ciebie" p. Jagoda otaśmowała mi nogę od łydki aż po pośladki, wzdłuż i wszerz. Już po samym taśmowaniu poczułem różnicę w pracy mięśnia. Gdy pojechaliśmy z Markiem na halę (waga + akredytacja) zobaczyłem dawnych kolegów z maty i powróciło we mnie uczucie rywalizacji. Decyzja zapadła - startujemy. Podjąłem ryzyko zerwania mięśnia, ponieważ za bardzo mi zależało - to jest coś co ciężko zrozumieć, niektórym może się wydawać głupie, czy bezmyślne. W blisko 30-letniej karierze nauczyłem się podejmowania trudnych a nawet ryzykownych decyzji - nie poddawania się bez walki, jeśli jest cień szansy na zwycięstwo. Taka natura sportowca - nie zawsze da się to wytłumaczyć. W niedzielę wyszedłem do walki zmotywowany, wspierany przez kolegów, rodzinę  także kilkoro moich zawodników. To było naprawdę miłe uczucie móc walczyć dla własnych wychowanków. Dodawało mi to sił i dziękuję wszystkim za wsparcie i doping. Walcząc do półfinału nie czułem się zagrożony nawet na chwilę, choć przyznam że kopiąc czułem ból za każdym razem. W walce półfinałowej niestety mięsień naciągnął się zbyt mocno i podjąłem decyzję o wycofaniu z walki - wynik i tak już nie miał znaczenia, bo medal miałem już zagwarantowany. Ten wynik, przy tak poważnej kontuzji, jest dla mnie wyjątkowo cenny. Tego dnia zwyciężyłem nie tylko z innymi zawodnikami, zwyciężyłem z własnymi obawami i strachem. Wiem, że w pełni sił dotarłbym do finału, gdzie zawalczyłbym ze starym kolegą z kadry... Może następnym razem. Kontuzja się wyleczy - medal i tytuł pozostaną... W tym miejscu chciałem podziekować wszystkim, którzy wspierali nas na widowni, ale przede wszystkim dziękuję masażystom i rehablilitantom z gabinetu DLA CIEBIE (Tychy ul. Brzoskwiniowa 44). Bez nich moje ostatnie starty nie byłyby możliwe, dlatego w pełni polecam ich usługi. To świetny zespół i naprawdę ciepłe osoby.  Za dwa tygodnie miałem wystartować na Pucharze Świata w Kazachstanie (zapasy), lecz z uwagi na kontuzję musiałem zrezygnować z zaproszenia. W kolejce na koniec lipca stoją również mistrzostwa Europy, tym razem w zapasach.. Tak więc leczymy rany i wracamy do pracy!!! Pozdrawiam wszystkich.

 

Andrzej Borowiec